Lune Féline Atelier des Ors to miłość od pierwszego spotkania i dowód na to, że da się opowiedzieć ludzką zmysłowość inaczej, niż przez oczywiste skojarzenia.
Atelier des Ors to francuska perfumiarska marka niszowa, która powstała w 2015 roku. Założył ją Jean-Philippe Clermont, który wcześniej przez dziesięć lat był przedstawicielem koncernu tytoniowego Oettinger Davidoff w regionie Bliskiego Wschodu.
To nie bez znaczenia, bo fascynacja Bliskim Wschodem i jego olfaktoryczną kulturą jest wyczuwalna w niejednym zapachu Atelier des Ors, których twórczynią jest znana w świecie perfum Marie Salamagne.
Nie dla turystów
Clermont deklaruje, że tworzeniu marki Atelier des Ors towarzyszyła myśl, aby były to zapachy nieprzeznaczone dla turystów.
Przyznaję, kiedy jeździłam do Francji i stykałam się z markami perfumowymi poza mainstreamem, miałam wrażenie, że to problem – kompozycje tworzone tylko z myślą o tym, aby mogły stać się upominkiem przywiezionym z podróży na Lazurowe Wybrzeże.
To uderza szczególnie w miejscowościach takich jak Èze, gdzie nic nie jest prawdziwe, za to wszystko jest zaprojektowane tak, aby turyście wydawało się, że liznął życia Riwiery, widział autentyczne warsztaty perfumiarzy, żyjących tak od wieków w tych wypucowanych kamiennych domkach, przy tych krętych uliczkach, które krzyczą kolorowymi szyldami zapraszającymi do prawdziwych rybackich tawern, gdzie każdy stół przykrywa nieskazitelnie biały obrus, a rybę podaje kelner w wykrochmalonej, jak od munduru reprezentacyjnego, idealnie odprasowanej koszuli.
Wiecie, o jaki vibe mi chodzi – ten, który dziś kojarzy nam się przede wszystkim z Instagramem. Zapewniam Was jednak, ta fałszywa, turystyczna rzeczywistość istniała w popularnych miejscowościach Lazurowego Wybrzeża jeszcze przed upowszechnieniem się tej i innych platform cyfrowych.
Wracając jednak do tematu – twórca Atelier des Ors, jako były przedstawiciel koncernu oferującego luksusowe wyroby tytoniowe, doskonale rozpoznał ten problem. Jak mówił w rozmowie z serwisem Fragrantica, chociaż jego perfumy mają być dostępne w dystrybucji na całym świecie, to nie są przeznaczone dla turystów – ale dla lokalnego konsumenta.
To nic innego, jak podkreślenie luksusowego, elitarnego wymiaru swojego produktu, a zarazem wskazanie jego autentyczności na poziomie komunikacyjnym marki.

Fascynacja Orientem
Kiedy popatrzymy na to, co oferuje Atelier des Ors, pierwszym, co się narzuca, jest wspomniana już przeze mnie fascynacja Orientem. Pytany o to Jean-Philippe Clermont potwierdza, że szczególnie świat zapachów Bliskiego Wschodu jest dla niego źródłem inspiracji, ale też podkreśla, że nie chciał tworzyć produktów przeznaczonych na szeroko rozumiany rynek arabski. Jego perfumy mają przemawiać do ludzi wszystkich kultur i wielu narodowości – i osobiście uważam, że to mu się udaje.
Bliski Wschód w kompozycjach Atelier des Ors pachnie przede wszystkim nutami mirry, kadzidła, wanilii, daktyli, paczuli i drzewa cedrowego. To moje ulubione komponenty zapachowe – dlatego zainteresowałam się marką i sięgnęłam po kompozycję, która jest najsilniejszą pod wieloma względami pozycją w jej dziesięcioletnim i całkiem bogatym dorobku.
Czy wanilia może być naprawdę atrakcyjna?
Wanilia to jedna z najpopularniejszych nut zapachowych na jesień i zimę, szczególnie w ostatnich latach, kiedy rynek opanowało szaleństwo zapachów typu gourmand, inspirowanych jedzeniem, a zwłaszcza – słodyczami.
Przeważnie jednak we współczesnych kompozycjach wanilia jest płaska, dosłowna, agresywna, dusząca, jednoznacznie słodka i w oczywisty sposób „spożywcza”. Być może to kwestia tego, że Lune Féline Atelier des Ors opracowało w 2015 roku (wówczas świat perfum rządził się jeszcze nieco innymi prawami, niż teraz), a być może to właśnie DNA tej marki – zapachy zawierające składniki kojarzące się typowo z gourmandem są od niego bardzo dalekie, bo przemawia przez nie kultura Orientu (nie mylić z uniwersum perfum arabskich, to nie jest to samo), w dodatku są tworzone z myślą o użytkowaniu niezależnie od płci.
Lune Féline ma wanilię w bazie, jednak to w żadnym wypadku nie jest spożywcza wanilia, przywodząca na myśl olejek do wypieku ciast albo zapach lodziarni.
Nuta ta ujawnia się po dłuższym czasie, bo otwarcie tych perfum jest zdecydowanie wytrawne. Czuć kardamon i różowy pieprz, dobrze zbalansowane, balsamiczne – bo współgrające z drzewem cedrowym, stopniowo przeradzające się w piżmową, trochę zwierzęcą słodycz na drzewno-waniliowym podkładzie.

Lune Féline – parametry
Lune Féline to zapach bardzo trwały – na skórze utrzymuje się w moim przypadku (to może być dla każdej osoby indywidualne doświadczenie!) ponad 12 godzin. Ma dość dużą projekcję, nie trzeba go nadużywać – wystarczą dwie chmurki, aby był wyczuwalny dla osób przebywających w tym samym pomieszczeniu średniej wielkości. Nie jest przy tym męczący, nie jest agresywny.
Lune Féline to dla mnie zapach zdecydowanie na chłodniejsze dni – poznałam go w lutym tego roku, korzystając z dekantu odlanego przez jedną z amatorek perfum Atelier des Ors.
Nie miałam okazji nosić go wiosną i latem, ale nie wyobrażam sobie, aby wówczas mógł sprawdzić się dobrze – to zdecydowanie zapach ciepły, otulający, jak delikatny kaszmir z dodatkiem jedwabiu. Jak miękka, kocia sierść – to skojarzenie, które wypływa mi w kontekście tych perfum niejako naturalnie, przez lekko zwierzęce nuty piżmowe zawarte w kompozycji, ale i nazwę.
Czy warto?
Lune Féline to dla mnie miłość od pierwszego spotkania. Pełnowymiarowy flakon kupiłam sobie jako prezent od siebie dla siebie za wyjątkowo udany pod kątem zawodowym październik. Wystarczy mi na długo – przez to, jak trwała i wydajna w użytkowaniu to kompozycja.
100 ml w ciężkim szkle sprawia, że to zdecydowanie flakon, który powinien zostawać w domu, a nie towarzyszyć w wyjazdach i eskapadach – sam korek waży 95 gramów, cała butelka razem z nim, ponad 380.
Płyn ma złotą barwę, unoszą się w nim płatki 24-karatowego złota, które czasami może osadzać się na skórze. Ostrożnie z pryskaniem na ubrania – na jaśniejszych tkaninach może zostawiać ślad charakterystyczny dla wszystkich waniliowych perfum, który jednak schodzi w praniu / po kontakcie z wodą.
Mój flakon można napełnić ponownie, co z pewnością będzie dobrym wyjściem w przyszłości – to zapach, który zostanie ze mną tak długo, jak będzie produkowany.
Zmysłowy, ale w nieoczywisty dzisiaj, wolny od wulgarności i erotycznej dosłowności sposób. Słodki, ale nie oblepiający. Wytrawny, ale nie agresywny. Koci. Tajemniczy. Zdecydowanie lubiący się z ciemną porą roku, z półmrokiem, w którym poszukujemy ciepła i spokoju.


Dodaj komentarz