Biżuteria numizmatyczna to dziś przede wszystkim ta, która zmienia znaczenie pieniądza – przeistaczając go ze środka płatniczego w symbol, przedmiot estetyczny, amulet, rzecz o wartości emocjonalnej, ale i ideologicznej.
Na samym początku mały disclaimer: ten krótki tekst nie wyczerpuje tematu biżuterii numizmatycznej. Miałam opublikować go 11 listopada, ze względu na zdjęcia, które do niego przygotowałam – przedstawiające moją biżuterię z polskich monet z okresu międzywojnia, oraz z cieszyńskiego filigranu. Niestety, jak to zazwyczaj jest, wchłonęła mnie praca, tekst zatem piszę z opóźnieniem – i zapowiadam kolejne o biżuterii tego rodzaju, już bez polskiego kontekstu, na przyszłość.
PS kto liczył, że porzuciłam swoją fanaberię, którą jest ten blog, ten się przeliczył.
***
Biżuteria numizmatyczna to zjawisko, które mnie zawsze fascynowało. Dlaczego stało się tak, że pieniądz, będący przecież środkiem płatniczym, stanowi wartość ekonomiczną, zaczął służyć nam jako ozdoba? Kto jako pierwszy wpadł na to, by kunsztownie oprawić monety i zrobić z nich naszyjnik, diadem, bransoletę, kolczyki?
Moją wyobraźnię za dzieciaka rozpalały książki o piratach, na których szyjach wśród wielości amuletów zawsze znajdowała się jakaś srebrna moneta, jak i wizerunki baśniowych Cyganek ponętnie kręcących biodrami opasanymi w chusty obszyte bogato pobrzękującymi, drobnymi pieniążkami.
Baśnie nie dają jednak odpowiedzi na to, dlaczego pieniądz nagle zmienił rolę – i z zastosowania ekonomicznego stał się dekoracją. Być może odpowiedzi należy szukać tuż obok pragmatyzmu; przez ponad dwa i pół tysiąca lat monety były nie tylko środkiem wymiany handlowej, ale też nośnikiem propagandy, postrzegaliśmy je jako amulety ochronne (przeprawa przez Styks i obol!), świadectwo statusu społecznego, a wreszcie – manifest przekonań politycznych.
***
Zanim powstały monety, metale szlachetne służyły jako środek wymiany handlowej, jednak obrót ten obejmował nieforemne sztabki, pierścienie, lub po prostu metal pocięty na rozmaite kawałki, tzw. hacksilber, który musiał być każdorazowo ważony przy transakcji.

Można powiedzieć śmiało, że biżuteria numizmatyczna powstaje w tym samym czasie, co moneta w znanej nam dziś formie; w zachodniej części Azji Mniejszej, w królestwie Lidii, w VII wieku przed Chrystusem.
Pojawienie się monety sprawiło, że wymiana kruszcu ustandaryzowała się – wybijane kawałki metalu miały zdefiniowaną wagę oraz oficjalną pieczęć, można było zatem na nich polegać i uznać, że mają gwarantowaną wartość.
Pierwsze lidyjskie monety były bite ze stopu złota i srebra – elektru (dokładniej to stop Au-Ag z bardzo niewielką domieszką Cu, miedzi, nadającej metalowi delikatnie złocisty, bardzo wartościowy estetycznie odcień). Szybko jednak okazało się, że jego jakością można manipulować – to jednak inna historia i z pewnością do niej w przyszłości wrócimy.
Teraz jednak zatrzymajmy się przy pieczęci – lew bity na rewersie pierwszych monet, symbol dynastii Mermnadów, przeistoczył metalowe krążki w coś więcej, niż tylko środek płatniczy. Moneta stała się symbolem królewskiej potęgi, ale też wyrazem lojalności. I właśnie dlatego zaczęła być oprawiana w sposób jubilerski. W fundamentach Artemizjonu w Efezie archeolodzy w początku XX wieku odkryli monety wybite z elektru, które były złożone tam jako ofiary wotywne, ale bez wątpienia były też elementem biżuteryjnym.
***
Wrócmy na chwilę do piratów z amuletami z monet na szyi. To nie wzięło się w moich ulubionych filmach i książkach z powietrza – po prostu twórczo przetworzono historię. Historycznie było zaś tak, że monety zaczęły być talizmanem religijnym w klasycznej Grecji. Srebrne tetradrachmy z wizerunkiem Ateny i jej sowy, albo z profilami herosów, noszone były przez podróżnych i żołnierzy z nadzieją, że zapewnią im względy siły wyższej i przychylność w przedsięwzięciach.
Rzymianie mówili na te monety Gemmae Numari, czyli numizmatyczne klejnoty – i zachwycali się nimi, bo jakość reliefów greckich monet była naprawdę imponująca. Zresztą, Rzym twórczo monety wykorzystał – to właśnie tam biżuteria numizmatyczna stała się instrumentem propagandy politycznej i narzędziem komunikacji statusu społecznego.
Sięgali po nią tak mężczyźni, jak i kobiety – powszechnie wyrabiane były brosze, kolczyki, które komunikowały lojalność wobec aktualnie panującego cesarza, ale i to, że posiadacz lub posiadaczka mają dostatecznie duży kapitał, aby nie musieć troszczyć się jedynie o podstawowe potrzeby i móc pozwolić sobie na estetyczny zbytek. A było w czym wybierać – to rzymskie złotnictwo wypracowało takie sposoby oprawy monet, aby nie uszkodzić wizerunku, nie zmniejszyć wartości kruszcu, a jednocześnie umożliwić np. podziwianie tak awersu, jak i rewersu. Przyznam szczerze, że rzymska estetyka bardzo do mnie przemawia.

Oczywiście, względy polityczne i komunikacja statusu to jedno; wartość takich przedmiotów to drugie, ta biżuteria stanowiła coś, co dzisiaj nazwalibyśmy „lokatą”. Innym, równie popularnym wymiarem, czy też powodem jej posiadania, było traktowanie biżuterii numizmatycznej jako osobistego trofeum lub pamiątki – szczególnie przez dowódców wojskowych, czy urzędników.
***
Pozwólcie, że ze względu na długość tego tekstu, pominę tu Bizancjum i średniowiecze, do których na pewno jeszcze będziemy powracać przy innych okazjach i wtedy nie unikniemy powrotu do tematu biżuterii numizmatycznej.
Bardziej teraz jednak interesują nas renesans i kultura nowożytna – wtedy bowiem odkryto „na nowo” to, o czym pisałam przed chwilą. Monety greckie i rzymskie stały się obiektami kolekcjonerskimi, którymi są do dziś – dobrze było je mieć, szczególnie, jeśli aspirowało się do miana erudyty i człowieka obytego w świecie.
W pewnym okresie narodziła się też „nowa świecka tradycja”, mianowicie bicie pseudo-monet z wizerunkiem zamawiającego, które w istocie były raczej medalami podszywającymi się pod numizmaty antyczne, imitującymi je. Ot, moda, trend – taki, jakich i dziś pojawia się wiele.

***
Przeskoczmy do czasów nam bliskich, a dodatkowo – do kultury polskiej, bo ostatecznie to o polskich monetach, przynajmniej wizualnie, jest dzisiejszy tekst.
W Polsce biżuteria numizmatyczna miała dwa wymiary – z jednej strony, związany z kulturą wsi, gdzie była oznaką zamożności gospodarzy, z drugiej – związany z tożsamością narodową i patriotyzmem, ukierunkowanym na ideologiczny opór wobec zaborców.
W tradycyjnym stroju ludowym, szczególnie w Małopolsce, na Podkarpaciu i na Podhalu, monety łączą się z koralem i są nieodłącznym elementem kobiecego odświętnego anturażu. Więcej o tego rodzaju biżuterii można przeczytać na stronach Muzeum Etnograficznego Franciszka Kotuli w Rzeszowie.
Prawdziwy koral, który uwielbiam, szczególnie w wydaniu małopolskim i któremu poświęcę tu z pewnością osobny tekst, był ogromną wartością. Biżuteria z koralu i monet była lokatą, posagiem i formą własności, której kobiecie nie mógł zabrać mąż.
***
W wymiarze patriotycznym, pieniądz był dla Polaków symbolem wolności. Tzw. polska „czarna biżuteria” martyrologiczna i patriotyczna to osobne i unikalne na skalę światową zjawisko (tak, zapowiadam kolejny osobny materiał!), ściśle związane z upadkiem powstań narodowych – listopadowego i styczniowego. Noszenie barw narodowych było surowo karane przez zaborców. Symbolicznie, emocje patriotyczne kanalizowano więc inaczej, choć i za to groziła grzywna, więzienie albo zsyłka – ale poczekajmy z tym materiałem na rocznicę lub inną okolicznościową datę. Obiecuję, nie zaniedbam go!

Tymczasem, powyższym zdjęciem pozwalam sobie w końcu przejść do tego, co chciałam pokazać Wam w okolicach Narodowego Święta Niepodległości – 11 listopada mijającego roku, kiedy pierwotnie miał ukazać się ten tekst.
Pewnego dnia przy piwie z teściem rozmawialiśmy o mojej wielkiej miłości do masywnych bransoletek w formie pancernych łańcuchów. Mam do nich słabość, która przypomniała mu, że posiada w swoich zbiorach coś, co mogłoby te moje upodobania nieco podkarmić – i podarował mi bransoletę, do której doczepione są dwie zawieszki, jedna z zodiakalnym skorpionem, druga zaś – wykonana z polskiej srebrnej monety z wizerunkiem Polonii z międzywojnia.
Na tym się jednak nie skończyło – jeszcze tego samego wieczora podarował mi kilka srebrnych złotówek z „Polonią” o różnych nominałach, mówiąc, abym „coś sobie z nich zrobiła”. Oczywiście, nie mogłam nie posłuchać.


Monety bite w srebrze z tego okresu są piękne.
Polonia – projekt Antoniego Madeyskiego, którą rozpoznaje się powszechnie, jest dla mnie osobiście kanonicznym polskim wizerunkiem kobiety z numizmatu – monety tego typu o różnych nominałach bito tylko w latach 1932-1934 w Mennicy Państwowej. W obiegu było ich nieco ponad 11 mln sztuk, z czego w ostatnim roku wybito jedynie 250 tys.



Pięciozłotówki, które wykorzystałam do zaprojektowania bransolety, to nie był największy nominał – Polonię można było też spotkać w wersji dziesięciozłotowej.
Bransoleta widoczna powyżej wykonana została przez zakład Marcina Pieczonki w Cieszynie – ucznia swego ojca Wiktora, który z kolei był kształcony przez słynnego Adolfa Horaka, mistrza filigranistę. Poprosiłam o połączenie monet kształtkami z filigranu i stworzenie bransolety w formie mankietu przylegającego do mojego nadgarstka.
Srebrne polskie monety z międzywojnia towarzyszą mi za każdym razem, kiedy potrzebuję towarzystwa rzeczy komunikujących wartości, które dziś trudno ubiera się w słowa; wizerunek Polonii, szczególnie w kontekście biżuterii, to pewien etos, symbol, jak i cichy, choć bardzo wyraźny komunikat.
Surowość i piękno monet zaprojektowanych przez Madeyskiego przypominają o tym, jak wielka jest potęga marzeń i jaką siłę ma godność – i że aby o nich opowiadać, wcale nie trzeba krzyku ani jarmarcznej dosłowności.


Dodaj komentarz